…czyli “muzyka jest wszędzie”. Czyż nie tak właśnie jest? Jedziemy autobusem do pracy/na uczelnię - słychać radio, idziemy na zakupy - też coś leci, idziemy gdziekolwiek - także muzyka. Jest to coś, co jest obecne na każdym kroku i w każdej prawie dziedzinie naszego życia. Od początku była przedmiotem rozrywki, zachwytu, wyrażania siebie, czasem buntu ale i znakiem pojednania. Wiele się jednak zmieniło moim zdaniem.
Muzyka straciła trochę na “ważności”. Teraz jest tak popularna, że powoli przestajemy ją zauważać a jej jakikolwiek wpływ zauważamy dopiero, jak robi się cisza. Swoją drogą, ciszę jest niezwykle trudno nagrać, stworzyć. Oczywiście, można zrobić próżnię i cisza jak się patrzy, ale chodzi o nagranie jej w normalnym środowisku. Słyszałem, że jakaś grupa stworzyła taki kawałek - ok. 3min ciszy. Ale wracając… Czy wyobrażacie sobie robienie zakupów w hipermarkecie, w którym nic nie leci? Albo jedzenie w restauracji w ciszy? Dziwnie trochę.
Muzyka jest czymś magicznym, czymś co działa na nas dobrze, źle, łagodzi i drażni. Jednak kiedyś była tworzona z pasji. Ktoś miał ochotę coś zagrać, stworzyć grupę i pograć. Co z tego, że w małych klubach i że nikt o nich nie słyszał. Ale robili to, bo lubili i sprawiało im to jakąś przyjemność. Było częścią ich życia, ich samych. Czasem z takich kapel wyrastały giganty jak Pink Floyd czy Jimi Hendrix. Kiedyś było łatwiej - mniej firm się zabijało o słuchaczy, więcej swobody dawano muzykom. Technika nie miała takiego znaczenia - używano jej do celów artystycznych a nie, przeważnie, do “poprawiania”. Nie było bitwy o to, kogo płyta będzie głośniejsza… ale nie w znaczeniu furrory jaką zrobi czy jaki skandal wywoła, nie, nie, w znaczeniu głośności nagrań - jak najdonośniej ma brzmieć na sprzęcie. Jak się okazało, efekty wcale nie były najlepsze. Przykład? Znany już chyba każdemu ostatni album metallic’i. Nie słuchałem, ale miałem okazję “widzieć” te ścieżki. Masakrycznie to wyglądało i wcale się nie dziwię, że ludzie tak negatywnie oceniają ten wytwór. Porównując to do innych nagrań, choćby z repertuaru Pink Floyd (oni się często pojawią
ulubiona grupa), delikatnie mówiąc, przesadzili. Wszystko do kupy i jak najgłośniej. I gdzie tu przyjemność? Porządnie nagrane i skomponowane kawałki robią wrażenie na odbiorcach do dzisiaj.
Obecnie muzyka jest wręcz produkowana. Ile to jest gwiazdek w Polsce? Każda śpiewa o tym samym, wydaje po płytce i jest ok. Każdy może tworzyć. Kiedyś też mógł, ale musiał umieć cokolwiek - śpiewać, grać, albo jedno i drugie naraz. Teraz nie musi - przecież wszystko zrobi za niego program. Pojawiło się wielu DJ’ów, tworzenie stało się proste jak nigdy dotąd. Wystarczy przecież dać “porządny” bas przeplatany talerzami, albo czymś podobnym, jakiś prosty syntezator którym można “wybzyczeć” melodię, jakiś wokal przerabiany i “cięty” i już. Oto powstał kolejny materiał do “set’a”. Wszystko fajnie, tylko pytanie - czy tak stworzona muzyka ma szansę przetrwać dłużej niż, powiedzmy, sezon? Czy wśród tych wszystkich nowych popularnych kawałków jest taki, który zasługuje na miano stania się kultowym? Przerabia się kultowe kawałki po to, by pokazać swoją wersję, ale i po to, by przybrać na popularności. Bo któż nie zna “Another brick in the wall part 2″ (kojarzonego bardziej jako the wall)? Czy Stairway to heaven? A Imagine? Yellow submarine? Niestety pokolenie, będące obecnie w gimnazjum czy nawet liceum kojarzy utwory bardziej z przeróbek aniżeli z oryginałów. “Bo to przecież starocie, nie są trendy”.
Mówią, że prosta muzyka najlepiej trafia do ludzi. I mają rację, ale czemu ma to być “umcyk umcyk”? Pewnie wielu z was zna kawałek “Whole Lotta Love” grupy Led Zeppelin (a jak nie zna to warto się zapoznać). To jest przykład jak za pomocą trzech (!) dźwięków można stworzyć bardzo znany motyw a cały utwór oprzeć tylko na nim. A czy bardziej skomplikowany jest, wspomniany już, kawałek Floydów “Another brick in the wall”? Oparty na trzech akordach. Tekst “z błędami” doskonale skomponowana całość i mamy hymn wielu pokoleń. Nie wiem jak przy obecnej muzyce (no właśnie - bas, umc i tak dalej) wyraża się bunt przeciwko szkole, systemowi i wogóle wszystkiemu. Kiedyś brało się ów kawałek i się śpiewało/wykonywało/pisało tekst gdzie popadnie, czyli słynne “we don’t need no education” (jest jakaś przeróbka na dance(?), ale nie będę pisał co o tym myślę).
Już na zakończenie. Istnieją oczywiście grupy obecnie, które tworzą “tradycyjnie”, dalej bawią się dźwiękiem, ale bez przesady i z doskonałym efektem (przykładem niech będzie ostatnia płyta zespołu Franz Ferdinand). Napisałem bardzo ogólnikowo, ale napewno jeszcze do tego kiedyś wróce. Jest to także wyjaśnienie, czemu nie słucham radia, nie oglądam TV (nawet muzycznych stacji). Bo tam poprostu nie ma czego słuchać… Komercja niestety niszczy wszystko, co dobre na swojej drodze. A jakie Ty masz podejście do muzyki? Napisz w komentarzu.
P.S.
Zupełnie poza tematem - prosiłbym o kontakt mailowy “nieznajomego”, który napisał ostatni komentarz do “Emo has You…”. Chętnie bym podyskutował
Oto mój mail -> airnox@gmail.com
